Jonasz Morwin-Pipke nie urodził się wczoraj, o nie. Jonasz Morwin-Pipke był można powiedzieć człowiekiem starej daty. Lubił naleśniki z dżemem truskawkowym , chleb ze smalcem domowej roboty oraz bigos z kieliszkiem dobrze schłodzonej Siwuchy. Był też Jonasz człowiekiem , jakby tu rzec… „miętkim” , tzn. bardzo łatwo się wzruszał i płakał jak dziecko np. podczas ogladania w telewizji seriali produkcji wenezuelskiej , choćby miały cztery tysiące sto dwadzieścia sześć odcinków.
W każdą niedzielę zgodnie z przez lata uświęconą tradycją Jonasz Morwin-Pipke ubierał się elegancko, skrapiał twarz najlepszą wodą kolońską i szedł do kościoła gdzie stanowczo acz kulturalnie nawoływał za ujawnieniem i opodatkowaniem dochodów kleru i skrupulatnie wyliczał ile kosztuje auto jednego czy drugiego biskupa, za co w nagrodę nie raz otrzymywał w łeb gustowną torebką damską lub kuksańca ostrym końcem parasola. Trwał jednak mężnie na swoim posterunku popierany zresztą przez swego odwiecznego aczkolwiek jedynego sprzymierzeńca Jonasza Morwina-Pipke.
-Opodatkować kler- nawoływał co tydzień Jonasz Morwin-Pipke stojąc przed wejściem do kościoła- I uwolnić więźniów politycznych-dodawał.
-Ale w Polsce nie ma już więźniów politycznych- powiedział Jonasz Morwin-Pipke patrząc zadziwionym wzrokiem na pokrzykującego swoje hasła Jonasza Morwina-Pipke.
-Nie ma? – zdziwił się Jonasz Morwin Pipke-Jak to?
-Zwyczajnie. Nie ma i już.
-Ale będą? – zapytał skamlącym głosem Jonasz Morwin-Pipke i rozpłakał się.
Wtedy widząc jego łzy pełen życzliwości Jonasz Morwin-Pipke postanowił sobie, że jak tylko nadaży się okazja przejmie władzę a potem uwięzi swoich politycznych przeciwników aby Jonasz Morwin-Pipke mógł nadal walczyć o ich uwolnienie. A potem zniknął.
A ja przegapiłem, który.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz