środa, 14 stycznia 2015

BIMBER

       Po zainkasowaniu pierwszej wypłaty z Eurosejmu ,  Jonasz Morwin-Pipke  ochlał się wykwintnie staropolskim bimbrem zakąszając swojskimi ogórkami kiszonymi w kamiennym garncu, po czym z godnością się wyrzygał i oświadczył, że to ostatni raz bo odtąd pić będzie wyłącznie wyśmienite wina reńskie, względnie  portugalskie.  Potem wycofał to oświadczenie tłumacząc się gorączką.
-Zdecydowałem  się – rzekł  - nie pić już więcej bimbru, ale był to błąd gdyż jak wiadomo bimber  świetnie wpływa na potencję a w szczególności na moją potencję.
-A może to ogórki a nie bimber- rzekł na to Jonasz Morwin-Pipke,  który tymczasem zjawił się nie wiadomo skąd , niespodziewanie i całkowicie niepotrzebnie.
Jonasz Morwin-Pipke na chwilę zaniemówił.
-Co ogórki?- wybełkotał wreszcie zaskoczony- o czym ty do cholery mówisz?
-O tym, że może to ogórki dobrze wpływają na Twoją potencję a nie, przepyszny skądinąd bimber.
Zmarszczył brwi zagniewany Jonasz Morwin-Pipke i warknął:
-Niby dlaczego akurat ogórki?
-A niby dlaczego akurat bimber?- rzucił niczym nie zrażony Jonasz i pociągnął solidny łyk reńskiego wprost z butelki stojącej na stoliku z alkoholami.
-Tfu , jakie to gorzkie –skrzywił się.
Tego było Jonaszowi za wiele.
-Dlaczego- wrzasnął- dlaczego, ty cholerny sukinsynu , zawsze musisz wprowadzać zamieszanie.  Dlaczego ciągle mącisz wodę ty… ty …ty mąciwodo. Już mam cię dość.  Po co wciąż gmatwasz najprostsze sprawy i po co ciągle szukasz dziury w całym.
I podczas gdy mówił a właściwie wykrzykiwał te słowa,  Jonasz Morwin-Pipke zniknął równie niespodziewanie jak się zjawił i tylko w powietrzu unosiło się jakby echo jego pytanie rzucone szyderczo i podstępnie:
-A TY?

wtorek, 3 czerwca 2014

PROROK

Ranek był pochmurny i tuż po przebudzeniu Jonasz Morwin-Pipke wyjrzał przez okno swego stylowego apartamentu skąd roztaczał się widok na ogród należący do Konsulatu Republiki Czeskiej, zaklął szpetnie i poczłapał w  stronę aneksu kuchennego.
Z obrzydzeniem wypił piwo karmelowe, wysikał się, pogmerał małym palcem lewej ręki w pępku i kichnął siarczyście. Zastanawiał się chwilę nad włączeniem telewizora ale jakiś niepokój wewnętrzny kazał mu zrezygnować poszukiwania pilota.
-Ni cholery nie pamiętam co dalej- rzekła na głos ni to do siebie ni to do Jonasza Morwina – Pipke, który powinien już co prawda pojawić się o tej porze ale najwidoczniej zaspał.
-Najwidoczniej zaspałem- rzekł  zjawiając się wreszcie Jonasz w odpowiedzi na wyrzuty w oczach swego  Mistrza, bez cienia skruchy.
-Przecież wiesz jaki dziś dzień. Miałeś się nie spóźnić.
-E tam. Wybory jak każde. – powiedział Jonasz i ziewnął przeciągając się co niezwykle zbulwersowało Jonasza  Morwina –Pipke.
-Jak śmiesz. Przecież to właśnie dziś rozpocznie się nasza droga ku władzy, ku przeznaczeniu to dziś jest ten dzień, na który czekaliśmy tyle lat. Od dziś zaczniemy zmieniać ten kraj. Co ja mówię – kraj. Zmienimy cały świat. A ty zaspałeś????????
-Tak mówisz a skończy się jak zawsze. Ostatnim razem też tak mówiłeś. I przedostatnim. Za każdym razem tak mówisz. Za pierwszym powiedziałeś ,że jeszcze nas naród nie poznał , za drugim że do trzech razy sztuka a wyszło do dwudziestu …ilu tam razy sztuka co, bo nie pamiętam?
-Dwudziestu sześciu- rzekł posępnie Jonasz Morwin-Pipke, ale zaraz się ożywił i dodał- bo ordynacja jest do kitu.
-A to nowość- stwierdził Jonasz- co masz przeciwko ordynacji?
-Wiadomo przecież powszechnie, że nasi wyborcy to ludzie większego formatu niż reszta tego cholernego motłochu i że głosy oddawane na nasze ugrupowanie powinny być liczone podwójnie albo nawet potrójnie.  Nie może być tak, że Ja mam jeden głos i twój szwagier też ma jeden głos.
On nie powinien mieć w ogóle głosu.
-Co chcesz od mojego szwagra?- obruszył się i zaniepokoił Jonasz.
-Jest debilem.
Nic na to nie odrzekł Jonasz gdyż akurat w tej sprawie zgadzał się z Mistrzem Jonaszem Morwinem-Pipke.
-Ale jego żona a moja siostra Gertruda będzie głosowała na ciebie drogi Jonaszu.
-Tak. Żeby zrobić mężowi na złość. Kobiety drogi chłopcze w ogóle nie powinny mieć głosu. Ani jednego.
-A te które głosują na nas też?
-Też. Ani jednego. No… może pół.
Zadumał się Jonasz Morwin – Pipke nad słowami swego mentora i dostrzegł, że w umyśle kiełkuje mu początkowo nieśmiała ale z każdą chwilą coraz silniejsza ,coraz bardziej wręcz zuchwała wątpliwość.
-Zatem każdy nasz wyborca, powinien mieć trzy głosy ? Tak Prezesie?
-Tak – odparł Jonasz- trzy głosy. Nasi wyborcy to ludzie wielkich cnót, śmiałych umysłów i dzielnych serc. Ich wola musi znaczyć więcej niż wola ludzi pokroju ……
-Ale- wszedł mu w słowo Jonasz- zdaje się , że to nie wystarczy. Nasze wyniki zwykle są na takim poziomie, że gdyby każdy nasz wyborca miał nawet pięć głosów ,  co ja mówię pięć – siedem nawet- to to też byłoby za mało.
Ale Jonasz Morwin – Pipke jak na Wielkiego Wodza przystało, spojrzał tylko na niego z wyższością i rzekł:
-Dziś będzie inaczej!!!!!
A ja zasłuchany w te wielkie prorocze słowa nie spostrzegłem , że Jonasz Morwin – Pipke  zdruzgotany majestatem swego przywódcy, zniknął znienacka.
No chyba , że to nie on zniknął a sam Jonasz.

piątek, 30 maja 2014

DZIEŃ PÓŹNIEJ - PÓŁNOC

Bracia K jako praworządni Obywatele (przez duże Oby),  nieodrodni synowie tej ziemi z dumą wzięli udział w wyborach i zagłosowali tajnie , zgodnie ze swymi ideami, przekonaniami i jednojajowym sumieniem, obdarzając kredytem zaufania swego  niezwykle cenionego wybrańca i wrzucając do urny wraz z kartą do głosowania wszystko co w nich najlepsze , najuczciwsze i najszlachetniejsze, spełnili swój najświętszy obowiązek po czym poszli się upić.
W części dla palących, mocno zadymionego baru o nic nie mówiącej nazwie „Pod zawieszoną siekierą” , gdzie strumieniami lał się dowcip ogólnie nierozumiany i alkohol  wszetecznie akcyzowany, niespodziewanie dla nas wszystkich spotkali też sączącego coś nieokreślonego  Marka w towarzystwie nieco rozmazanego Mnie.
-Aha. A wiesz gdzie oni byli?-  zawołał Marek.
-Gdzie? – spytałem by spytać bo w gruncie rzeczy obchodziło mnie to dokładnie tyle ile obchodzi mnie to, gdzie był każdy z nich z osobna.
-No? Gdzie? Powiedzieć ci gdzie? –wołał jakby chciał mnie namówić na ciekawość.
-Nie.
-No? Jak chcesz to ci powiem.
-Nie chcę - odparłem zgodnie z prawdą ,ale tego dnia prawda miała mocno przereklamowane znaczenie , gdyż Marek niczym nie zrażony szeroko otwierając usta zaczął sylabizować niczym na lekcjach w pierwszej klasie:
-BY –LI   NA   WY-BO…..- Tu przerwał z szeroko rozwartym otworem wlewczo-wyziewnym  i w oczekiwaniu na to że dokończę unosił energicznie brwi ku czołu aż drgała cała głowa i aż po dłuższej chwili zniecierpliwiony brakiem mojej reakcji sapnał: --RACH!. Byli na wyborach- zakończył a ja spojrzałem  z zaciekawieniem na Braci K, na ich szczere oddane twarze, przepełnione dumą i poczuciem własnej wartości i pomyślałem czy jest to sytuacja, którą bezpośrednio można by odnieść do tytułu opowiadania Marii Dąbrowskiej –„ Tu zaszła zmiana”?
-A wiesz na kogo głosowali? – Marek nie ustępował uśmiechając się połgębkiem
-Na kogo?-spytałem choć czułem że popełniam samobójstwo.
-No na kogo?- to Marek. A ja :
-No na kogo?
-Nie wiesz na kogo?- choć zwątpiłem to jednak wciąż czułem że to on jest tym , który wie, dlatego odpowiedziałem :
-Nie wiem.
-No jak to, nie wiesz na kogo? 
-Zaraz dam ci po ryju- wysyczałem.
-Na Janusza- obwieścił triumfalnie ,tajemniczo  mrugając   przy tym okiem.
-Na jakiego Janusza?- brnąłem w to dalej.
-No na jakiego Janusza?- znów ten triumfujący półuśmiech, którego miałem serdecznie dosyć.
-Igrasz z ogniem- warknąłem mimo że sam sobie byłem winien. Po co z nim gadam? Po co?
-Korwina.
-A tego.- Miałem nadzieję ,że to już koniec. Ale nie.
-Rozumiesz?- znowu te brwi.
-Co?- spytałem bo nie wiedziałem czy rozumiem.
-Noo… na Korwina- kiwał tą głową jakby to kiwanie wszystko wyjaśniało a przecież nie wyjaśniało nic. Zupełnie nic.
-I co z tego?- wzruszyłem ramionami i powziąłem solenne postanowienie, że już dzisiaj o nic go nie zapytam i że złożę zamówienie na jakiś alkohol z podwójną zawartością alkoholu.
-Obaj- powiedział Marek znów mrugając znacząco  okiem a ja złamałem postanowienie  szybciej niż myślałem.
-To co że obaj?
-No obaj. Oddali na niego DWA głosy. A przecież gdyby to Korwin decydował to być może każdy z nich miałby tylko pół. Pół głosu rozumiesz?

piątek, 10 stycznia 2014

KARATE PO POLSKU





Tamtego lata skórzana piłka omal nie zagrzała się do czerwoności a woda z hydrantu smakowała wspaniale.
Tamtego lata smażyliśmy w zapuszczonym ogrodzie ryby złapane  w rzece za pomocą małej sieci zamocowanej na obręczy.
Tamtego lata chyba w ogóle nie padał deszcz a Zbigniew Messner, który umarł przedwczoraj był premierem mimo, że nie należał do pieprzonej platformy ani do pieprzonego pisu.
Tamtego lata po raz pierwszy inaczej spojrzałem na opalone nogi pewnej dziewczyny, a pewne jezioro przez dwa tygodnie było pępkiem świata a drewniany domek  pięciogwiazdkowym hotelem.
Tamtego lata nie zapomnę nigdy, choć było to wtedy gdy na drogach było  jeszcze tyle samo aut co wozów konnych.
Tamto lato ktoś nagrał i wciąż powtarza w telewizji uparcie tytułując „Karate po polsku”.
Tamto lato mogło trwać wiecznie ale dawno się skończyło i chyba tylko ja nie potrafię przestać o nim myśleć jakby było zupełnie wyjątkowe i niepowtarzalne a przecież  takie nie było i było zarazem.

czwartek, 19 grudnia 2013

KOSMOSY

W  osiemdziesiątym piątym, któryś z kumpli podprowadził ojcu paczkę Kosmosów, papierosów z filtrem produkcji radzieckiej w efektownym granatowym opakowaniu. Wypaliliśmy je potem ukryci  w pozostałych od wojny bunkrach, pokasłując i myśląc co  może być przyjemnego w paleniu, choć nikt się do takich myśli oczywiście  nie przyznał.
W osiemdziesiątym szóstym przez tydzień kopaliśmy w lesie dziurę by zrobić ziemiankę a gdy już była gotowa, pokryta gałęziami mchem i ziemią nagle kompletnie przestała nas interesować.
W osiemdziesiątym siódmym, ktoś przyniósł do szkoły zapałki i dziewczynom ze starszych klas, które przygotowywały prasówki na lekcje WOS podpalaliśmy gazety gdy je przeglądały stojąc pod szkołą. Największa była Trybuna Ludu i najlepiej się paliła. Ale najlepszą gazetą na kuli ziemskiej był Świat Młodych niebieski we wtorki , zielony w czwartki i czerwony sobotnio – niedzielny.
A w osiemdziesiątym ósmym najlepszy był Marco van Basten.
Potem wszystko się zmieniło. To brzmi jak banał ale w osiemdziesiątym dziewiątym skończyło się dzieciństwo. Pofrunęły kamienie, woda z armatek , gaz , kabaryny.  W osiemdziesiątym dziewiątym świat nie stał się nagle ani lepszy ani gorszy, ludzie mniej lub bardziej podli albo  szlachetni. Ale ja zamieniłbym każdy jeden rok po 89 na jeden dzień przed.
Żyłem gdzie się urodziłem i myślałem , że tak jak jest tak musi być i byłem tak samo biedny jak wszyscy wkoło i tak samo bogaty. A dziś oddałbym każdy jeden rok po 89 za jeden dzień przed ale wiem, że to zbyt tanio.

czwartek, 12 grudnia 2013

TRZYNASTEGO

W  sobotę spadł śnieg. Nie było bardzo zimno więc świetnie się lepił i kontury twarzy kobiety na reklamie sklepu odzieżowego szybko zniknęły zasypane kulami rzucanymi przeze mnie z nudów.
Dzieciak bawił się pod sklepem całkiem sam w środku miasta a rodzice stali godzinami w kolejce w spożywczym i nie  bali się że przyjdzie pedofil. Nie do pomyślenia? A jednak.
A w niedzielę od samego rana w telewizji jakiś Generał w ciemnych okularach i  szarym mundurze,(bo telewizor czarno - biały ) opowiadał niezrozumiale, że coś tam wprowadził , za to na terenie całego kraju.
Od tego dnia poprzez całe moje dzieciństwo i smarkatyzm, każdego dnia w gazetach radiu i telewizji obecny był Generał , który może nawet przestał imaginować.
Dziś od czasu do czasu pojawiają się informacje , że a to jego stan zdrowia się polepszył a to pogorszył, trafił do szpitala albo właśnie wychodzi. Ale żyje. Nie jak niektórzy górnicy o których nawet nie wiedział. I nie jak Grzegorz Przemyk czy Franciszek Zdunek . W tę noc oczekiwania śnieżną bez śniegu, kolejną jak wtedy mgłą niepamięci dziecka zatartej jemu poświęcam.
Generał żyje - niech żyje Generał.

środa, 4 grudnia 2013

LEGENDA

Wezwany do tablicy wskazówką drewnianą na starej mapie Europy, z wydartą legendą pokazałem białą plamę w kolorze czerwonym. Polska. No a wy chcecie mnie stąd wygnać Panowie Szlachta spod znaku Świętego Styropianu. A takiego wała , właśnie że nie wyjadę. Zostanę wam na złość aż do końca. Ktoś musi was żywić , sukinsyny. Będzie ciężko bo podniebienia macie delikatne, dwadzieścia lat luksusu , każdy by się przyzwyczaił. Czy kiedy patrzycie w lustro widzicie zdrajców czy zdradzonych? Bo zdradziliście też samych siebie i to po kilka razy. Bohaterzy. Celebryci. Wygraliście. Bieda i chwała to zostało. Trzeba przyznać, że podzieliliście się tym z nami po równo. Sprawiedliwie pół na pół. Wy wzięliście chwałę a my resztę….Dziś nie mamy już sił, by znów rzucać kamieniami. Nie poderżniemy wam też gardeł brzytwą. Prawdziwa rewolucja nie kończy się nigdy. Wasza nigdy nawet się nie zaczęła, choć oddaliśmy za nią naszą młodość.